PARYTETY PŁCI – jesteś za czy przeciw?

Ruszyła akcja zbierania podpisów pod projektem ustawy o wprowadzeniu parytetów płci na listach wyborczych.


W świetle Konstytucji kobieta i mężczyzna w Rzeczpospolitej Polskiej mają równe szanse w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym. Kobieta i mężczyzna mają w szczególności równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagrodzenia za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności publicznych i odznaczeń (Artykuł 33 Konstytucji RP).


Już trzeci tydzień trwa wielka akcja zbierania podpisów pod projektem ustawy o wprowadzeniu parytetów płci na listach wyborczych, przygotowanym przez Kongres Kobiet Polskich. Po zebraniu co najmniej 100 tysięcy podpisów jeszcze w tym roku projekt trafi do Sejmu.


Komitet Obywatelski „Czas na Kobiety”, popierający projekt ustawy o parytetach na listach wyborczych, został oficjalnie zarejestrowany 22 września 2009. Projekt ustawy jest realizacją jednego z głównych postulatów, które powstały podczas czerwcowego Kongresu Kobiet Polskich. Zakłada on zmianę ordynacji wyborczej – do Sejmu, Parlamentu Europejskiego oraz rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich, i zapewnia nie mniejszą niż 50 procentową obecność kobiet na listach wyborczych. Projekt nie obejmuje parytetu w wyborach do Senatu i do rad gmin do 20 tysięcy mieszkańców, które zakładają ordynację większościową.
Więcej informacji pod adresem: www.kongreskobiet.pl

Projekt ustawy do pobrania.

Polemiki na temat „za” i „przeciw” – poniżej

PARYTET to zrównanie na podstawie przepisów prawa (artykuł Andrzeja Sicińskiego)
Słowo to pojawia się często w związku z dyskusją dotyczącą roli kobiet w życiu publicznym. Kryje w sobie postulat wprowadzenia przepisów, które gwarantowałyby odpowiednio wysoką reprezentację kobiet w parlamencie, rządzie, organach administracji, sądownictwie oraz na listach wyborczych. Kobiety wołają: „Dość adoracji – chcemy reprezentacji”. Równowagę płci postrzega się jako konieczny warunek współczesnej demokracji. Zaczęto nawet mówić o demokracji parytetowej. Są jednak i tacy, dla których taka demokracja ma tyle wspólnego z prawdziwą, co demokracja ludowa.
Zaczęło się w XIX wieku od walki o prawa wyborcze dla kobiet. Pierwszym krajem w Europie, który pozwolił kobietom głosować była Finlandia (1906), ostatnim Lichtenstein (1985). Obecnie większość państw demokratycznych formalnie deklaruje równość politycznych praw kobiet i mężczyzn. Mimo to do realnej równości, czyli faktycznego wpływu kobiet na podejmowanie najważniejszych decyzji jeszcze daleko. Średnia światowa kobiet w parlamentach wynosi jedynie 14,3 proc. Uważa się, że celem pośrednim na drodze do pełnej równowagi płci – czyli 50 proc. udziału kobiet we wszelkich organach władzy – będzie osiągnięcie minimum 30 proc., gdyż dopiero taki udział pozwoli im wywierać realny wpływ na podejmowane decyzje.
Najczęściej podnoszone argumenty ZA wprowadzeniem parytetów:

  • społeczeństwo składa się z 50% mężczyzn i 50% kobiet. Dlaczego ci pierwsi mają reprezentować te drugie? Dlaczego to mężczyźni mają decydować o sprawach istotnych dla kobiet?
  • odsetek kobiet w rządzie i w parlamencie, nie odpowiada w żadnym stopniu odsetkowi kobiet z wyższym wykształceniem i wysokimi kwalifikacjami
  • jak długo w społeczeństwie będzie dominował system patriarchalny, w którym mężczyźni zazdrośnie strzegą swoich przywilejów, a kobiety wychowuje się głównie do roli matek i żon, tak długo – dopóki nie nauczą się one walczyć o władzę – potrzebne będą parytety, które służą wyrównaniu szans i promocji kobiet. Nie może być tak, że jeśli jakaś kobieta chce zrobić karierę, to musi „się podwiesić” pod jakiegoś prominentnego mężczyznę. Ustalenie gwarantowanego procentowego udziału kobiet we władzach jest skutecznym sposobem likwidowania męskich przywilejów
  • z badań wynika, że 70% kobiet i 53% mężczyzn jest za tym, aby partie gwarantowały kobietom określoną liczbę miejsc na listach wyborczych
  • w krajach UE polityka równościowa jest już od wielu lat priorytetem
  • mężczyźni w polityce tylko lubią mówić o równouprawnieniu płci, ale gdy tylko przyjdzie im przełożyć deklaracje na czyny, o wszystkim zapominają. Sprawdzają się tu słowa Margaret Thatcher, byłej brytyjskiej premier: „Jeśli chcesz, aby coś zostało powiedziane, idź do mężczyzny. Jeśli chcesz, żeby zostało zrobione, idź do kobiety”.

Najczęściej podnoszone argumenty PRZECIWKO wprowadzeniu parytetów:

  • sztywny system parytetowy negatywnie odbije się na właściwym doborze ludzi najbardziej kompetentnych (kompetencje trudno mierzyć płcią). Pozwoli on, by do władzy doszły kobiety o gorszych kwalifikacjach, nie umiejące walczyć z mężczyznami, jak równy z równym, nie mające doświadczenia w ciężkiej walce politycznej
  • parytety przypominają punkty za pochodzenie przyznawane w czasach demokracji ludowej kandydatom na studia, pochodzącym z rodzin robotniczo-chłopskich. Jednak prawda była taka, że mimo preferencji, studiujących z tych środowisk było mniej, niż w czasach II RP, gdy takich preferencji nie było
  • same kobiety nie chcą angażować się w politykę. Według Pracowni Badań Społecznych, 80% kobiet nie ma ochoty starać się o wysokie miejsca w polityce, gdyż obawiają się, że ceną za awans byłaby samotność
  • kilka lat temu w polskim parlamencie najwięcej posłanek miała Liga Polskich Rodzin (23%) – partia, która najmocniej występowała przeciwko parytetom
  • przekonanie, że obecność kobiet w polityce humanizuje politykę jest złudne, gdyż zdaniem niektórych psychologów, panie mające władzę są twardsze od mężczyzn, bardziej bezwzględne i konsekwentne. Margaret Thatcher, Żelazna Dama brytyjskiej polityki nie potrzebowała parytetów, by przez 11 lat stać na czele konserwatywnego i złożonego z samych mężczyzn rządu
  • kobiety żądne władzy wytwarzają więcej męskich hormonów, głównie testosteronu. Dlatego takie kobiety i tak dostaną się same do polityki, nawet bez parytetów. Te, które nie mają naturalnej inklinacji do władzy, ale dzięki parytetom będzie im ona dana, nie utrzymają jej.

Dlaczego pomysł podziału list wyborczych oraz miejsc w parlamencie wg płci jest zły, nieprzemyślany oraz niezwykle krótkowzroczny? (artykuł Szymona Nowaczyka)


(…) Generalnie zgadzam się z tezą o nierównym traktowaniu płci w polskim społeczeństwie. Kobiety postrzegane są często przez pryzmat patriarchalno–protekcjonistycznych zaszłości, co rodzi zwątpienie w ich wrodzone umiejętności zarówno wśród mężczyzn, jak i innych kobiet. Wypaczony kształt stosunków społecznych, częściowo powstały tylko przez dominację fizyczną panów, musi podlegać korekcie, by panie nie czuły się gorsze tylko przez sam fakt bycia paniami. Państwo polskie (lub inne) jest instytucją mogącą posłużyć za katalizator w procesie przekształcania krępujących stereotypów. Pamiętajmy jednak, że prosta droga nie zawsze jest najlepszą, a cel nie zawsze uświęca środki. O tym zdają się zapominać zarówno przedstawicielki Kongresu Kobiet jak i czołowi politycy. Najwyraźniej zabrakło nieco intelektualnego szlifu.

Błędne skojarzenie
Wiele osób postrzega płciowe parytety jako naturalną konsekwencję walki kobiet o równe traktowanie. Stawianie jednak tego legislacyjnego kwiatka obok takich zjawisk jak uzyskanie biernego oraz czynnego prawa wyborczego przez środowiska emancypacyjne jest nadużyciem. Głównie ze względu na różnicę jakości tych postulatów. W przypadku praw wyborczych mamy do czynienia z rozszerzeniem zakresu przywilejów człowieka i obywatela. Parytety zaś ten przywilej samostanowienia ograniczają, wprowadzając do życia politycznego nowy podział – na samca i samicę (których racje muszą się zdaniem wielu osób ścierać). Dlaczego ograniczają? Ponieważ po ich zatwierdzeniu każdy obywatel będzie miał dwa razy mniejsze szanse na otrzymanie mandatu poselskiego (czy innego).
Do jakiejś płci przecież przynależeć musi. Poza tym, wola społeczeństwa, jako fundamentalnej instancji odwoławczej, będzie przez parytety płciowe blokowana. Dojdzie do sytuacji, w której wybór narodu będzie ważny, o ile będzie taki, jaki zaplanował dla nas ustawodawca.

Kiedy więc oświeceni Polacy będą chcieli wybrać do Sejmu 80% kobiet, parytet skutecznie do tego nie dopuści. Rzecz jasna aktualna inicjatywa obejmuje jedynie podział list wyborczych. Na tym jednak
ingerencja się raczej nie skończy i wzorem zachodnich państw, nieskuteczność zmodyfikowanego systemu kandydatur szybko zmotywuje różne środowiska do zastosowania realnego podziału miejsc w parlamencie. Nie dajmy się zwieść, jeśli dziś niewielka liczba przygotowanych kobiet nie skupia na sobie ogromu głosów, to wzbogacenie list o dziesiątki nieprzygotowanych kandydatur z łapanki (jak stanie się w przypadku co najmniej pierwszych wyborów), zmieni wiele.

Segregacja płciowa jest więc narzędziem niedemokratycznym. Jak każda inna segregacja zresztą. W przypadku uznaniowego podziału mandatów między osoby różnego koloru skóry mielibyśmy do czynienia z segregacją rasistowską. Przy okazji postulowanych obecnie parytetów – seksistowską. Co tylko ubarwia fakt, że zwolennicy rozwiązania powołują się właśnie na walkę z seksizmem.

Struktura władzy strukturą ludności
Z ogółu doniesień medialnych przebijają się dwa główne argumenty, które roztaczają wizję płciowej segregacji list wyborczych. Oba niezwykle łatwe do podważenia. Pierwszym, jest pełniejsze odzwierciedlenie reprezentowanych wyborców. Skoro kobiet jest w kraju połowa, to o ich interesy będzie lepiej zabiegał taki sam odsetek pań u władzy. Na pierwszy “rzut oka” wszystko byłoby w porządku, ale pamiętajmy, że społeczeństwo nie jest podzielone tylko przez fakt występowania w nim płci. Ograniczenie się do takiego kryterium jest najzwyczajniej prymitywizowaniem rzeczywistości. Idąc tropem odwzorowywania mozaiki Polaków w parlamencie musielibyśmy ustanowić 20-procentowy udział rolników na listach wyborczych, czy 90-procentowy katolików.

Aspekty kulturowo-światopoglądowe oraz specjalizacja pracy dzielą przecież świat wzdłuż i wszerz. Dlaczego więc miałyby nie być uwzględnione w polityce parytetowej kraju? Opcje światopoglądowe lansujące parytety nie zgodzą się rzecz jasna z takim przedstawieniem sytuacji. Są to głównie grupy opowiadające się za totalną laicyzacją życia politycznego. Prawdę mówiąc sam podzielam akurat ten pogląd. Odsuwając się więc od parytetu religijnego można powołać się na inny. Jest on znacznie mniej abstrakcyjny i idealnie wpasowuje się w logiczne konstrukcje Kongresu Kobiet.

W czasach coraz szybciej starzejącego się społeczeństwa powinniśmy zadbać o godziwą reprezentację wiekowej jego części. Niebawem osoby po 60 roku życia będą stanowiły 30 proc. obywateli. Wobec tego postuluję oddanie 1/3 miejsc na listach wyborczych naszym emerytom. Są pokrzywdzeni przez polskie realia w znacznie większym stopniu niż kobiety. Dyskryminowani w pracy oraz przez liczne instytucje (komercyjne oraz państwowe). Niedoceniani, ignorowani, deprecjonowani. Żyjący często poniżej minimum socjalnego. Czy to właśnie takie osoby nie powinny w pierwszej kolejności otrzymać parytetowego uprzywilejowania? Jeśli w ogóle poważnie podchodzi się do takich rozwiązań, to feministki powinny pochylić czoła i przekazać
pałeczkę pierwszeństwa osobom starszym, tym bardziej, że niemal każdy będzie kiedyś w podeszłym wieku. Kobietą jest tylko połowa z nas.

Pewność siebie Made in Parlament
Drugim, prawdopodobnie ważniejszym, wytrychem przy afirmowaniu reglamentacji płciowej jest ośmielanie płci pięknej. W społeczeństwie patriarchalnym jej inicjatywa nie jest blokowana tylko przez ograniczenia realne, ale również samą podświadomość pań każącą wątpić w swe talenty. Mówimy więc o przeprowadzeniu terapii psychologicznej, która odbyć ma się poprzez listy lub ławy parlamentarne. Armata na muchy? Nie zapominajmy do czego w państwie demokratycznym służą Sejm i Senat. Do rządzenia. Nie do edukowania nieuświadomionych (nawet jeśli ma to być zdaniem feministek 50 % ludności Polski), nie do terapii grupowej, a do kierowania krajem. W gestii parlamentu widzę najwyżej przekierowanie części środków w stronę programów aktywizujących panie.
Nie zmienianie samych struktur państwowych. Pamiętajmy o specjalizacji instytucji. Nie możemy zmuszać dyrektorów szpitali do zatrudniania połowy chirurgów kobiet, połowy mężczyzn, nie możemy chcieć, by menedżerowie klubów piłkarskich wpuszczali na murawę zespoły 50/50 wg kryterium płci. Chociaż na pewno poprawiłoby to pozycję pań oraz ich status w kraju, nie robimy tego. Głównie ze względu na to, że kwestia nierównego traktowania nie jest obecnie sprawą systemową, a światopoglądową. I na takiej płaszczyźnie powinniśmy sobie z tym problemem radzić.

Chciałbym obnażyć jeszcze jeden błędny wątek poruszany przez uczestniczki Kongresu Kobiet. Pani Henryka Krzywonos, odznaczona podczas imprezy tytułem “Polki dwudziestolecia”, tak charakteryzuje kobiety “My jesteśmy bardziej gospodarne. To my prowadzimy domy. Wiemy, jak wydawać pieniądze. Niech pani zostawi jakiegoś mężczyznę na miesiąc samego w domu. (…) Po tygodniu nie będzie już miał ani grosza, zapewniam panią!

Pomijając jawną dyskryminację płci przeciwnej i seksizm bijący z wypowiedzi „Polki dwudziestolecia”, zwróćmy uwagę na pewną ciekawostkę. Wszystkie pozytywne przymioty, którymi obdarowała Pani Henryka płeć piękną, można zakwalifikować do tych wyrosłych na systemie patriarchalnym, nieprawdaż? Prowadzenie domu, opieka, gospodarność … Jeśli więc wręczymy parytet kobietom w Polsce (zwalczymy patriarchat u władzy – zdaniem części osób), to czy wraz z negatywnymi aspektami nie ogołocimy ich z tejże zaradności? Skoro męskie społeczeństwo pozwoliło na wypracowanie pewnej wartości dodanej, to niszczenie podstaw prawdopodobnie uwsteczni ten proces. Lecz to już abstrahując od kwestii parytetów. Po prostu kolejna luka w logice środowiska.

Co zatem będzie z parytetami? Należy nastawiać się na najgorsze. Wiele osób „z rozpędu” jest w stanie zaakceptować wiele bubli prawnych jeśli tylko pociągnie się publicznie za sznurek dyskryminacji. W procesie emancypacji płci pięknej również należy trzymać się ścisłych zasad legislacyjnych. Przedstawiany nam projekt jest niedemokratyczny, krótkowzroczny oraz źle ukierunkowany. Łączenie społeczeństwa przez kolejne podziały to chyba ślepa uliczka.